niedziela, 12 marca 2017

część IV

Gdy Scott prawie zdążył jej powiedzieć, jak to się stało, przez drzwi przeszli Deaton i Melissa. Przerwał historię, gdy ujrzał ich wystraszone miny. Allison nie była jedyna niespodzianką w tym dniu.
Kobieta z początku nie wiedziała, co ma zrobić. Przecież dziewczyna nie żyła od prawie miesiąca. Lecz po chwili podeszła do niej i ją przytuliła. Tamta oddała uścisk, lecz po chwili go przerwała. Nadal czuła się niekomfortowo, mimo że zaufała chłopakowi.
Melissa podeszła więc do syna.
-Scott, dzwonił Szeryf. Stiles zaginął, a Lydia się załamała. Musisz do niego jechać – powiedziała, podając mu telefon.
Chłopaka zalała fala niepokoju. Przypomniał sobie krzyk Lydii, tak straszliwy i pełen bólu. Wiedział, że coś strasznego musiało się stać z jego najlepszym przyjacielem, więc mimo tego, że właśnie odzyskał Allison, musiał wyjść. Podszedł do dziewczyny.
-Jesteś bezpieczna, Deaton i moja mama zajmą się tobą, to dobrzy ludzie. Niedługo wrócę – powiedział i wyszedł, po drodze biorąc od mamy kluczyki do auta.
Nie mógłby się domyśleć, że ona chciałaby iść z nim. Bo mimo że te imiona nic jej nie mówiły, poczuła coś na podobieństwo rozpaczy, gdy je usłyszała. Pomyślała, że musieli być dla niej bardzo ważni, ale też o nich zapomniała. Tylko czemu?
-
Dom Martinów nie leżał daleko. Szeryf szybko odwiózł Lydię i, podczas gdy ona zamknęła się w pokoju, on próbował wytłumaczyć Natalie jej stan.
Zielonooka patrzyła się tępym wzrokiem w jaskraworóżową tapetę. Nadal nie odezwała się ani słowem. Nie mogła. Regeneracja strun głosowych już się rozpoczęła, lecz Lydia nie była sobą. Utrata bliskiej osoby, nie była łatwa, szczególnie gdy traciło się dwie osoby w bardzo krótkim czasie.
Dziewczyna pewnie siedziałaby tak w swoim pokoju jeszcze przez długi czas, gdyby nie dziwne poruszenie firan w oknie. Zmrużyła oczy i ujrzała coś niemożliwego. Była gotów zerwać się z łóżka z radości, lecz uświadomiła sobie, że to, co widzi nie jest niemożliwe, lecz nadnaturalne.
Stał przed nią duch Stilesa. Miał na sobie swoją ulubioną flanelową koszulę w czerwono-niebieską kratę i zwykłe jeansy. Wyglądał jak w każdy inny dzień. I tak prawdziwie. Jednak było coś innego. Wydawał się przezroczysty, jego skóra była szara i cienka, a pod nią nie było widać żadnych żył czy tętnic. Jego oczy znowu wyglądały jak u Nogistune - podkrążone, zaczerwienione i puste. Ale patrzył się na nią. Intensywnie. Dziewczyna czuła, że ten wzrok wypala w jej duszy dziurę. Bo było to spojrzenie kogoś martwego. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji, była jak wyryta w kamieniu.
Ale Lydia mogłaby się założyć, że gdyby teraz wstała, mogłaby go dotknąć. Bardzo tego chciała. Lecz czuła, jak umierał. Czuła jak bardzo cierpiał. Czuła to, co on czuł. Pamiętała ostatnie uderzenie serca, jakby była tam przy nim. Nie mogła się mylić.
Nagle postać chłopaka zniknęła za oknem i powędrowała na trawnik. Lydia doskoczyła do szyby i widziała, jak widmo znika za drzewami.
-Czekaj… - szepnęła niepewnym głosem. Nawet jeśli był to sen, musiała się dowiedzieć. To była jej szansa.
Otworzyła okno, wyszła na podwórko i pobiegła boso po leśnej ściółce za nim. Cały czas krzyczała jego imię. Pragnęła, by jej odpowiedział. Potrzebowała usłyszeć jego głos jeszcze raz.
-
Gdy zaczęli zbliżać się do celu, dziewczyna usłyszała szepty. Mnóstwo szeptów. Nigdy wcześniej nie słyszała aż tylu na raz. Otaczały ja z każdej strony, ale jeden był wyjątkowo głośny. Mówił jej imię. Ponaglał ją.
Lydia zorientowała się, że straciła Stilesa z oczu, lecz już wiedziała, gdzie się kierują i pobiegła w tamtą stronę.
Byli na cmentarzu.
Dziewczyna wyciszyła wszystkie głosy oprócz jego i skupiła się na odszukaniu jego widma. Stał kilka rzędów dalej. Lydia znała to miejsce. Widywała je codziennie, ale teraz wyglądało inaczej.
Wielka, pusta dziura w ziemi. Wokół świeża ziemia i rozrzucone kwiaty. A nad tym wszystkim górowała srebrna tabliczka:
Ku Pamięci
Celestine Allison Argent
Córki I Przyjaciółki
Niech Spoczywa W Pokoju
Gdy wcześniej dziewczyna odwiedzała to miejsce, czuła przeraźliwy smutek i żal. Tym razem była spokojna. Coś się zmieniło.
Lydia dołączyła do Stilesa i spojrzała w dół. Jak podejrzewała, w środku nie było trumny. Tylko pustka i biały skrawek papieru.
Dziewczyna zwróciła wzrok na chłopaka w poszukiwaniu odpowiedzi. Zaskoczona zauważyła, że jego twarz odzyskała kolor, a oczy blask. Uśmiechał się do niej, jakby zaraz miał opowiedzieć jeden ze swoich żartów, które zawsze tak ją bawiły, ale nigdy się nie przyznawała. Jej serce zaczęło bić szybciej, bo nagle wróciła do niej nadzieja. Beznadziejna, płonna nadzieja.
Jednak Lydia uczepiła się jej i nawet gdy duch Stilesa powoli rozmył się w powietrzu, ten mały płomyk został schowany w jej sercu, na przechowanie. I mimo że nie była jeszcze gotowa na jego odejście, czuła, że znów się spotkają.
Po zniknięciu widma dziewczyna wiedziała, że chodziło mu o kartkę, leżącą w grobie. Więc zazwyczaj dbająca o paznokcie i wygląd Lydia zeskoczyła łagodnie do dołu, aby dowiedzieć się więcej.
Był to postrzępiony kawałek papieru z krótką wiadomością napisaną krzywym pismem Stilesa, która brzmiała następująco:
Wszystko naprawiłem.
Teraz będzie tak, jak powinno być. Beze mnie, ale z nią.
Tato, mam nadzieję, że mi wybaczysz.
Scott, nie martw się i nie zmarnuj tego.
Lydio, przepraszam, że zajęło mi to tyle czasu.
Allison, przepraszam, że wszystko zepsułem. Ale teraz jest już dobrze.
Kochałem was wszystkich. Do zobaczenia.
Pamiętajcie, że Beacon Hills nie jest jeszcze bezpieczne.
Stiles
Wiedziała już, co się zdarzyło. Przeraziło ją to. Bo mimo że odzyskała przyjaciółkę, straciła przyjaciela. I może kogoś więcej. Chciałaby uwierzyć, że nie spodziewała się tego. Ale widziała cierpienie Stilesa po tym, jak Nogistune przestało nad nim panować. Widziała, że chłopak zatraca się w sobie jeszcze bardziej. Widziała jego pokrwawione kłykcie.
Była dobra w odczytywaniu ludzi. Stiles był szczególnie łatwy, nie krył się. Nie przed nią.
Gdyby tylko wiedziała, że potrzebuje natychmiastowej pomocy. Lecz jej własny ból, sprawił, że nie umiała go wesprzeć. Gdyby tylko…
Jednak ziarenko nadziei trzymało się jej mocno. Bo tak, jak napisał chłopak - to nie był jeszcze koniec.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz