niedziela, 12 marca 2017

część IV

Gdy Scott prawie zdążył jej powiedzieć, jak to się stało, przez drzwi przeszli Deaton i Melissa. Przerwał historię, gdy ujrzał ich wystraszone miny. Allison nie była jedyna niespodzianką w tym dniu.
Kobieta z początku nie wiedziała, co ma zrobić. Przecież dziewczyna nie żyła od prawie miesiąca. Lecz po chwili podeszła do niej i ją przytuliła. Tamta oddała uścisk, lecz po chwili go przerwała. Nadal czuła się niekomfortowo, mimo że zaufała chłopakowi.
Melissa podeszła więc do syna.
-Scott, dzwonił Szeryf. Stiles zaginął, a Lydia się załamała. Musisz do niego jechać – powiedziała, podając mu telefon.
Chłopaka zalała fala niepokoju. Przypomniał sobie krzyk Lydii, tak straszliwy i pełen bólu. Wiedział, że coś strasznego musiało się stać z jego najlepszym przyjacielem, więc mimo tego, że właśnie odzyskał Allison, musiał wyjść. Podszedł do dziewczyny.
-Jesteś bezpieczna, Deaton i moja mama zajmą się tobą, to dobrzy ludzie. Niedługo wrócę – powiedział i wyszedł, po drodze biorąc od mamy kluczyki do auta.
Nie mógłby się domyśleć, że ona chciałaby iść z nim. Bo mimo że te imiona nic jej nie mówiły, poczuła coś na podobieństwo rozpaczy, gdy je usłyszała. Pomyślała, że musieli być dla niej bardzo ważni, ale też o nich zapomniała. Tylko czemu?
-
Dom Martinów nie leżał daleko. Szeryf szybko odwiózł Lydię i, podczas gdy ona zamknęła się w pokoju, on próbował wytłumaczyć Natalie jej stan.
Zielonooka patrzyła się tępym wzrokiem w jaskraworóżową tapetę. Nadal nie odezwała się ani słowem. Nie mogła. Regeneracja strun głosowych już się rozpoczęła, lecz Lydia nie była sobą. Utrata bliskiej osoby, nie była łatwa, szczególnie gdy traciło się dwie osoby w bardzo krótkim czasie.
Dziewczyna pewnie siedziałaby tak w swoim pokoju jeszcze przez długi czas, gdyby nie dziwne poruszenie firan w oknie. Zmrużyła oczy i ujrzała coś niemożliwego. Była gotów zerwać się z łóżka z radości, lecz uświadomiła sobie, że to, co widzi nie jest niemożliwe, lecz nadnaturalne.
Stał przed nią duch Stilesa. Miał na sobie swoją ulubioną flanelową koszulę w czerwono-niebieską kratę i zwykłe jeansy. Wyglądał jak w każdy inny dzień. I tak prawdziwie. Jednak było coś innego. Wydawał się przezroczysty, jego skóra była szara i cienka, a pod nią nie było widać żadnych żył czy tętnic. Jego oczy znowu wyglądały jak u Nogistune - podkrążone, zaczerwienione i puste. Ale patrzył się na nią. Intensywnie. Dziewczyna czuła, że ten wzrok wypala w jej duszy dziurę. Bo było to spojrzenie kogoś martwego. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji, była jak wyryta w kamieniu.
Ale Lydia mogłaby się założyć, że gdyby teraz wstała, mogłaby go dotknąć. Bardzo tego chciała. Lecz czuła, jak umierał. Czuła jak bardzo cierpiał. Czuła to, co on czuł. Pamiętała ostatnie uderzenie serca, jakby była tam przy nim. Nie mogła się mylić.
Nagle postać chłopaka zniknęła za oknem i powędrowała na trawnik. Lydia doskoczyła do szyby i widziała, jak widmo znika za drzewami.
-Czekaj… - szepnęła niepewnym głosem. Nawet jeśli był to sen, musiała się dowiedzieć. To była jej szansa.
Otworzyła okno, wyszła na podwórko i pobiegła boso po leśnej ściółce za nim. Cały czas krzyczała jego imię. Pragnęła, by jej odpowiedział. Potrzebowała usłyszeć jego głos jeszcze raz.
-
Gdy zaczęli zbliżać się do celu, dziewczyna usłyszała szepty. Mnóstwo szeptów. Nigdy wcześniej nie słyszała aż tylu na raz. Otaczały ja z każdej strony, ale jeden był wyjątkowo głośny. Mówił jej imię. Ponaglał ją.
Lydia zorientowała się, że straciła Stilesa z oczu, lecz już wiedziała, gdzie się kierują i pobiegła w tamtą stronę.
Byli na cmentarzu.
Dziewczyna wyciszyła wszystkie głosy oprócz jego i skupiła się na odszukaniu jego widma. Stał kilka rzędów dalej. Lydia znała to miejsce. Widywała je codziennie, ale teraz wyglądało inaczej.
Wielka, pusta dziura w ziemi. Wokół świeża ziemia i rozrzucone kwiaty. A nad tym wszystkim górowała srebrna tabliczka:
Ku Pamięci
Celestine Allison Argent
Córki I Przyjaciółki
Niech Spoczywa W Pokoju
Gdy wcześniej dziewczyna odwiedzała to miejsce, czuła przeraźliwy smutek i żal. Tym razem była spokojna. Coś się zmieniło.
Lydia dołączyła do Stilesa i spojrzała w dół. Jak podejrzewała, w środku nie było trumny. Tylko pustka i biały skrawek papieru.
Dziewczyna zwróciła wzrok na chłopaka w poszukiwaniu odpowiedzi. Zaskoczona zauważyła, że jego twarz odzyskała kolor, a oczy blask. Uśmiechał się do niej, jakby zaraz miał opowiedzieć jeden ze swoich żartów, które zawsze tak ją bawiły, ale nigdy się nie przyznawała. Jej serce zaczęło bić szybciej, bo nagle wróciła do niej nadzieja. Beznadziejna, płonna nadzieja.
Jednak Lydia uczepiła się jej i nawet gdy duch Stilesa powoli rozmył się w powietrzu, ten mały płomyk został schowany w jej sercu, na przechowanie. I mimo że nie była jeszcze gotowa na jego odejście, czuła, że znów się spotkają.
Po zniknięciu widma dziewczyna wiedziała, że chodziło mu o kartkę, leżącą w grobie. Więc zazwyczaj dbająca o paznokcie i wygląd Lydia zeskoczyła łagodnie do dołu, aby dowiedzieć się więcej.
Był to postrzępiony kawałek papieru z krótką wiadomością napisaną krzywym pismem Stilesa, która brzmiała następująco:
Wszystko naprawiłem.
Teraz będzie tak, jak powinno być. Beze mnie, ale z nią.
Tato, mam nadzieję, że mi wybaczysz.
Scott, nie martw się i nie zmarnuj tego.
Lydio, przepraszam, że zajęło mi to tyle czasu.
Allison, przepraszam, że wszystko zepsułem. Ale teraz jest już dobrze.
Kochałem was wszystkich. Do zobaczenia.
Pamiętajcie, że Beacon Hills nie jest jeszcze bezpieczne.
Stiles
Wiedziała już, co się zdarzyło. Przeraziło ją to. Bo mimo że odzyskała przyjaciółkę, straciła przyjaciela. I może kogoś więcej. Chciałaby uwierzyć, że nie spodziewała się tego. Ale widziała cierpienie Stilesa po tym, jak Nogistune przestało nad nim panować. Widziała, że chłopak zatraca się w sobie jeszcze bardziej. Widziała jego pokrwawione kłykcie.
Była dobra w odczytywaniu ludzi. Stiles był szczególnie łatwy, nie krył się. Nie przed nią.
Gdyby tylko wiedziała, że potrzebuje natychmiastowej pomocy. Lecz jej własny ból, sprawił, że nie umiała go wesprzeć. Gdyby tylko…
Jednak ziarenko nadziei trzymało się jej mocno. Bo tak, jak napisał chłopak - to nie był jeszcze koniec.

część III

Tej nocy spał spokojnie, co nie zdarzało mu się, odkąd chłopak powiedział mu o wszystkim. Jego zawód wymagał ciągłej czujności, więc ta wiedza pomogła mu w wielu rzeczach. Od tamtej pory patrzył na wszystko inaczej, również na niego. Zastanawiał się, kiedy te informacje na trwałe utkną mu w pamięci jako prawdziwe, nie zmyślone. Gdyby wziął mniej tabletek nasennych, może usłyszałby, że chłopak wychodził w nocy i nigdy nie wrócił. Że zamiast niego przyszła ona. Może wtedy mógłby go powstrzymać. Może wtedy wiedziałby, że dziś miał być ten dzień, w którym uwierzy i jednocześnie straci wszelką nadzieję.
Zapukał do jego drzwi i odruchowo je otworzył. Nie było go w nim, za to na podłodze spała ona. Ubrana w piżamę, z rozwianymi włosami w kolorze truskawkowego blond. Ukucnął obok niej i potrząsł jej ramię. Od razu się obudziła. Spojrzała na niego zapuchniętymi oczami. Wyglądała jakby o coś prosiła. Nie o pomoc dla niego, nic by to nie dało. Było za późno. Dla niej również. To było błaganie o milczenie, jednak mężczyzna go nie zrozumiał.
-Co się stało? – zapytał, lecz ona tylko pokręciła głową, zacisnęła usta, a do jej oczu napłynęły łzy. Chwycił ją za ramiona i czekał, aż się uspokoi. Tak się nie stało, więc spróbował znowu, wskazując głową na puste łóżko. – Chodzi o niego?
Tym razem dziewczyna po prostu wybuchła płaczem, cichszym od każdego innego. Mężczyzna wziął to za potwierdzenie. Nie miał wątpliwości, że stało się coś strasznego. Inaczej nie byłoby tu jej. Tej, która wyczuwa śmierć.
Sprowadził dziewczynę na dół, posadził na kanapie i postawił przed nią szklankę wody. Następnie poszedł zadzwonić do jedynej osoby, która mogłaby coś wiedzieć lub pomóc. Niestety włączyła się poczta głosowa. Postanowił i tak powiadomić chłopaka o tym, co się stało.


-Scott, stało się coś złego. Stilesa nie ma, a Lydia była w jego pokoju, zapłakana. Nie odzywa się. Scott, zadzwoń lub przyjedź tu jak najszybciej.

-

Tym razem po przebudzeniu czuła się dobrze. Nie była obolała czy sztywna. Jej oddech był wyrównany tak samo, jak bicie serca. Jej organizm znowu nauczył się żyć.
Gdy oczy przyzwyczaiły się do światła wypływającego z jarzeniówek, wiszących nad metalowym stołem, na którym leżała, spostrzegła chłopaka, śpiącego na krześle. To był ten sam chłopak, którego widziała w lesie. Dziewczyna doszła do wniosku, że musiał ją tutaj przynieść po tym, jak zemdlała. Nagle jego twarz wykrzywił grymas bólu. Wydawało jej się, że musi on przeżywać coś strasznego w swoim śnie i zrobiło jej się go żal. Jakaś część jej, dawna, pragnęła go uspokoić, lecz jeszcze inna martwiła się intencjami chłopaka. Pokój, w którym się znajdowali, napawał ją niepokojem. Instynkt, który kiedyś do niej należał, odezwał się i postanowiła opuścić budynek, zostawiając dziwnego chłopaka samego.
Wstała, zachwiawszy się lekko i ostrożnie podeszła do drzwi. Na szczęście były otwarte. Otworzyła je delikatnie tak, żeby nie wydały żadnego dźwięku. Nie chciała go budzić.
Asfalt był zimny i drażnił jej wrażliwe stopy. To miejsce wyglądało jak zaułek, ale nic nie mogło jej powstrzymać przed ucieczką. Dawniej umiała sobie poradzić ze wszystkim. Jej duch był silny, lecz zawsze miała słabość do niego.
*
Usłyszał ją, gdy otwierała drzwi. Postanowiła uciec, a on nie mógł jej na to już nigdy pozwolić. Raz ją opuścił i przez ostatni miesiąc nosił w sercu ciężar tej decyzji. Nigdy więcej.
Wyszedł za nią na parking i przypatrywał się jak próbowała rozeznać się w terenie. Nagle zdał sobie sprawę, że wygląda na osobę, która nie wie gdzie się znalazła. Co oznaczało, że ona nie pamięta.
Nie pamiętała, że jest przed kliniką weterynaryjną Deatona.
Jak wielu rzeczy nie pamiętała? Scott postanowił, że łatwiej będzie ją o to zapytać.
-Allison? – zawołał do jej pleców. Od razu się odwróciła. Jej niedawno zapchane uszy, tym razem usłyszały go doskonale.
Dziewczyna zmarszczyła brwi i zaczęła się wycofywać. Serce Scotta pompowało krew bardzo szybko, ale wiedział, że musi zachować spokój, inaczej ją przestraszy.
Rozważał słowa, które powinien do niej powiedzieć, ale nic nie przychodziło mu do głowy. Myślał, że już nigdy nie dane mu będzie z nią rozmawiać, więc teraz nie miał słów idealnych na ten sen. W końcu zaczął, nim dziewczyna zdążyła uciec.
-Allison, rozumiem, że nic nie pamiętasz, ale ja mogę ci pomóc. Znam cię, to znaczy znałem. – Dziewczyna zatrzymała się, lecz nadal patrzyła na niego ze strachem w oczach. – Daj mi jeszcze jedną szansę. Zaufaj mi.
Dziewczyna wzdrygnęła się, Te słowa na nią podziałały. Zbliżyła się do chłopaka na bezpieczną odległość i zapytała:
-Będę tego żałować?
Gdy nieświadomie, prawdopodobnie przez podświadomość, użyła ponownie tych słów, grunt usunął się spod nóg Scotta. Zrozumiał, że ją odzyskał. I tym razem miał dla niej lepszą odpowiedź.
-Nie pozwolę na to. – Zadeklarował i weszli z powrotem do kliniki.
-
Gdy Allison usiadła na krześle, a Scott umiejscowił się na miejscu naprzeciwko niej, zapanowała grobowa cisza.
Dziewczyna, zmieszana, wpatrywała się w podłogę. Nie była pewna, o co mogłaby zapytać. Ten chłopak ją znał, a ona jego nie, Przynajmniej nie pamiętała go. Gdy na niego patrzyła widziała tylko zagrożenie, a on widział w niej coś więcej. Kogoś więcej.
Scott za to w końcu zdołał oderwać od niej wzrok. Teraz już wierzył, że była tu z nim. Może nie do końca ona, ale musiała sobie tylko przypomnieć. A on miał zamiar jej w tym pomóc.
-Mam na imię Scott – zaczął. Dziewczyna podskoczyła, gdy usłyszała to imię, lecz zwróciła oczy ku chłopakowi, ponieważ poczuła też ciepło. I gdy tym razem mu się przyjrzała, nie widziała w nim tylko niebezpieczeństwa. Cała jego postawa promieniowała dobrem i miłością. Sposób, w jaki na nią patrzył – z niedowierzeniem i podziwem. I to, że za każdym razem, jak to robił, serce zaczynało mu bić szybciej. Sposób, w jaki spuszczał co chwilę głowę, jakby także był zmieszany i zawstydzony. Oraz sposób, w jaki patrzył na swoje dłonie, gdy co chwilę wykręcał palce – ze złością, ale nie skierowaną do niej, lecz do samego siebie.
Postanowiła, że przestanie się bać.
-Allison – powtórzyła słowo, którym on się do niej zwracał. Założyła, że to jej imię. Scott znowu podniósł głowę i zdaje się, że uśmiechnął się lekko.
-Może zacznę od samego początku? – zapytał z nadzieją. Dziewczyna kiwnęła głową, a chłopak zaczął historię – długą, tragiczną, ale też piękną.
-

część II


Obudził się, gdy ją usłyszał.  Wiedział, że go potrzebuje, lecz zmartwił go ten dźwięk. Jeszcze nigdy nie wyczuł w nim takiej rozpaczy.
Wyszedł z łóżka i założył na siebie dresowe spodnie oraz bluzę. Butów nie potrzebował.
Wybiegł na ganek i skierował się w stronę lasu. Bieganie nocą zazwyczaj sprawiało mu radość, lecz tym razem było inaczej. Może wiedział, że ta noc odmieni wszystkie następne.  Zamiast poczucia wolności czuł jakby coś zaciskało mu się na gardle, a jego ręce i nogi były skrępowane. Lecz nie sprawiło to, że poruszał się wolniej. Wręcz przeciwnie. Nigdy nie był taki szybki.
Na tyle szybki, że prawie ją przeoczył, a o to było łatwo.
Stała pośrodku drzew. Jej sukienka, tak samo jak włosy, wtapiała się w ciemność, która ją otaczała. Tylko alabastrowa skóra sprawiła, że się zatrzymał i zapomniał o krzyku. Wyglądała jak duch. Co więcej, dla niego właśnie tym była. Duchem. Najcudowniejszym z duchów.
Mimo że była zwrócona do niego twarzą, zdawało się, że go nie widzi. Ale on ją widział i nie miał zamiaru się skradać. Skoro to tylko złudzenie, nie chciał go utracić.
Wtedy go usłyszała. Powoli zamknęła i na powrót otworzyła oczy. Teraz widziała już doskonale, lepiej od zwykłego człowieka. Przypominał cień, pełznący po trawie, lecz gdy podszedł bliżej, zrozumiała, że to człowiek. Wystraszyła się go. Nie znała go. Nie znała nikogo. Z wielkim wysiłkiem poruszyła nogami, próbując się cofnąć, ale jej organizm nie był na tyle wybudzony, ledwo utrzymywał ją w pionie, więc upadła. Nie na trawę, lecz w jego ramiona. Próbowała coś powiedzieć, odepchnąć go lub krzyknąć, ale nie była jeszcze na to wszystko gotowa.
On tylko patrzył się na nią z niedowierzaniem. Trzymał ducha, który wydawał się tak prawdziwy. Przewiercał ją spojrzeniem, próbując dociec, kiedy ten piękny sen dobiegnie końca. Szkoda, że nie wiedział, że powinien czekać na inny koniec niż się spodziewał.
Dziewczyna z bezradności zamknęła tylko oczy, z których wypłynęły nowe, świeże  łzy. Następnie zasnęła, lecz tym razem miała się z tego snu wybudzić.
Chłopak przytulił ją i wyszeptał jej imię, które pozostawało dla niego słowem tabu od dłuższego czasu. Potem podniósł ją i razem zniknęli pomiędzy drzewami.
Tymczasem inna dziewczyna, do której on nigdy tamtej nocy nie dotarł, zjawiła się w miejscu, w którym go nie było i położyła się na podłodze, bezgłośnie szlochając.



Szedł bardzo powoli. Miał ochotę biec, lecz jej ciało wyglądała na tak kruche, jakby zaraz miało rozbić się na tysiące kawałeczków i już nigdy nie posklejać. Cały czas przypatrywał się jej twarzy. Nie zmieniła się pod żadnych względem. To była nadal ona.
Gdy dotarł na miejsce, otworzył drzwi, wyważając zamek ruchem nadgarstka. Nie miał ze sobą klucz. Nie sądził, że będzie ich potrzebował. Powinien się już nauczyć, że nie może przewidzieć niczego. W ostatnim czasie stracił tak wiele, że niczego nie mógł być pewien. Mimo to nadal chciał wierzyć, że ma kontrolę nad wszystkim. Nie miał.
Położył jej ciało na zimnym metalowym stole i wyjął koc z szuflady obok. Przykrył ją nim i ponownie przyjrzał się jej twarzy. Każdemu szczegółowi. Idealne. Takie jakimi je zapamiętał. Jego ciężki oddech, który nie wynikał ze zmęczenia, lecz z reakcji jego organizmu na jej obecność, mieszał się z jej urywanym. Z każdą chwilą myślał, że go nie usłyszy, lecz wtedy wyczuwał bicie jej serca. A dopóki ono biło, nic innego się dla niego nie liczyło. W snach wyczekiwał na ten dźwięk, który nigdy nie nadchodził. W końcu miał prawo usłyszeć go ponownie.
Oderwał od niej wzrok i podszedł do telefonu, który znajdował się w drugim pokoju. Musiał do niego zadzwonić. Musiał ją zobaczyć ktoś, kto nie był nim. Tylko wtedy będzie wiedział, że sen się skończył. Nie obudził go. Coś innego wyrwało go z sennych urojeń. Coś, o czym chłopak już raz zapomniał, a teraz nie przypomniał sobie, że jego przyjaciółka go potrzebowała.
*
Dotarł szybko, a w progu zatrzymał go on. Miał podkrążone oczy i rozbiegany wzrok. Wyglądał jakby ujrzał ducha. Nie mylił się.
Mężczyzna wysłuchał go cierpliwie i uwierzył mu we wszystko, lecz wiedział, że mózg chłopaka mógł zmienić rzeczywistość. Z powątpieniem na twarzy położył rękę na jego ramieniu w uspakajającym geście. Następnie przeszedł obok niego i wkroczył do drugiego pomieszczenia. Chłopak nie kłamał, na stole leżała jakaś postać, lecz mężczyzna nie widział jeszcze jej twarzy. Nim zdążył to zrobić, ona otworzyła usta i wyszeptała coś tak cicho, że tylko ulepszone uszy chłopaka zdołały to zrozumieć. Dziewczyna wypowiedziała jedno słowo, tak dla niego ważne. Spojrzał na mężczyznę, gotów powtórzyć jej kwestię, lecz ten już przypatrywał się jej obliczu, bo mimo że nie zrozumiał, to rozpoznał ten głos.
-To niemożliwe – wyszeptał. Odwrócił się do chłopaka, któremu wydawało się, że jeszcze nigdy nie słyszał tak pięknych słow. Był w błędzie. Wypowiedział kiedyś słowa piękniejsze, nie w treści, lecz w ich znaczeniu, ponieważ wierzył w te słowa tak bardzo, jak w nic innego.
Teraz natomiast mimo tego że mężczyzna potwierdził, że dziewczyną, którą on widział, była naprawdę nią, nie mógł przyjąć tego do świadomości. Bo jak powiedział tamten – było to niemożliwe.
Chłopak i mężczyzna usiedli razem przy dziewczynie. Nie wiedzieli, co robić, lecz w końcu starszy postanowił przeprowadzić badania i poradził młodszemu wrócenie do domu. Ten nie miał takiego zamiaru. Przypatrywał się dziewczynie przez cały ten czas, bo mimo to że znał jej twarz na pamięć, upłynęło tyle czasu, że drobne szczegóły zaczęły mu umykać. Przypomniał sobie, jak jej oczy śmiały się razem z nią i widniały w nich błyski, jak jej brwi się marszczyły, gdy płakała, jak skoncentrowana była, gdy wypuszczała kolejną strzałę. Najbardziej jednak pamiętał jej twarz, gdy patrzyła na niego. Wtedy. Ten ostatni raz. Gdy wyglądała jak anioł, który właśnie zstępował w niebiosa, zostawiając go na ziemi.
A teraz uświadomił sobie, że kiedy ona się obudzi, znów ją ujrzy. I nie będzie musiał jej tracić. Może nawet będzie miał szanse na wypowiedzenie tych słów, które nawiedzają go odkąd jej nie odpowiedział, bo nie zdążył.
Teraz będzie miał na to wszystko nową szanse.

czwartek, 2 marca 2017

część I


Obudziła się, jeszcze zanim to się stało. Już wiedziała, że zaraz się to wydarzy, ale nie była na to przygotowana. Strach sparaliżował całe jej ciało, lecz jej jedyna broń pozostała nietknięta. Gdyby tylko mogła zmienić to, co się zdarzyło. Ale nie mogła. Siedziała na łóżku. Bezbronna. Samotna. I gotowa by krzyczeć.
A potem to się stało. Nie była zszokowana, lecz zdruzgotana. Łzy zalały jej twarz tak, że nie mogła nic dostrzec, a z jej gardła wydobył się najpotworniejszy krzyk, który rozerwał jej struny głosowe i dotarł do uszu całego miasta.
*
Stała pośrodku ciemnego lasu. Jej bose stopy zagłębiały się w mokrej trawie. O dziwo, nie czuła zimna, które przedarłoby się przez nawet najgrubsze okrycie. Od dawna nie zaznała ciepła na skórze. Znała tylko okropne zimno. Jedynie mroźny wiatr, który przewijał się pomiędzy materiałem jej luźnej czarnej sukienki, sprawiał, że nie mogła ustać. Minęło dużo czasu odkąd niepokoiło ją coś innego od niskiej temperatury.
Gdy ciemności spowijające jej mózg, odeszły, zostawiając pustkę, rozchyliła lekko zaklejone powieki. Tysiące małych szpilek wkuły się w jej gałkę oczną, powodując, że spróbowała jeszcze raz. Otworzyła szeroko oczy, a po jej trupiobladych policzkach słynęły łzy, które czekały na wypuszczenie od miesiąca. Rozejrzała się wokół siebie, lecz jej wzrok nie przystosował się jeszcze do mroku.
Następnie przypomniało jej się, że musi oddychać. Głęboko zaczerpnęła pierwszą dawkę lodowatego powietrza przez nozdrza, które wpadło do zapadniętych płuc. Organy wypełniły się powoli, co przypominało podnoszenie ogromnych brył z kamienia. Bolało, ale nie pamiętała już, jak to jest, kiedy nie boli.
Nim zdążyła o tym pomyśleć, jej uszy się odetkały i usłyszała wiatr pędzący między koronami drzew oraz odgłos nocnych ptaków.
Podniosła ręce do twarzy i opuszkami palców dotknęła spierzchniętych ust. Rozchyliła je, powodując pęknięcie warg w kilku miejscach, na których utworzyły się bąbelki krwi. Jej ostatni oddech nareszcie opuścił jej ciało i poszybował ku gwiazdom.
Teraz żyła.